dzisiejszy dzień przejdzie chyba do historii – a raczej mojej osobistej biografii –
jako moment zwycięstwa mozolnie trenowanego rozsądku nad wrodzoną i rozbujaną do granic możliwości impulsywnością.
i nie, wcale nie chodzi o to, że idąc ulicą i – jak zwykle – żonglując wewnętrznym niepokojem –
przez chwilę zapragnęłam go ugasić słodkim batonem z orzechami i dokładnie w tym samym momencie zdałam sobie sprawę,
że oto przemawia przeze mnie przyzwyczajenie/nawyk, a nie rzeczywista i organiczna ochota na coś słodkiego;
nie chodzi też o to, że siedząc z Prażynką i Sydem w Posłańcu Uczuć, patrzyłam jak dziewczęta ślicznie wpierniczają boska tartę z granatem,
a zaraz potem kanapki na chrupiącym bajglu – ja zaś dumnie żłopię zieloną herbatę i jest mi z tym całkiem znosnie;
obie te chwile – aczkolwiek godne uznania – nie są jednak tym, czym wygrałam dzisiejsze reality.
było jeszcze coś.
otóż wybrałam się na umówioną wizytę do endokrynologa, który po zleceniu mi wszystkich niezbędnych badań,
zaproponował mi coś, na co w pierwszej chwili lekkomyślnie, impulsywnie i bezrefleksyjnie przystałam w myślach –
a mianowicie 3 miesiące “drakońskiej” (jak sam ją określił) diety wysokobiałkowej, podczas której mój dzienny limit kaloryczny
nie miałby przekraczać 800 kalorii. do tego treningi na siłowni 3 x w tygodniu i pełne troski zalecenie dotyczące “unikania omdleń”.
po trzech miesiącach moje głodowe racje żywnościowe mogłabym ewentualnie zwiekszyć do 1000 kalorii dziennie.
och! przyklasnęłam na to mentalnie obiema rączkami i – jak w tej anegdotce o wkładaniu żarówki do ust – pomyślałam sobie:
“a co, kurwasz! ja nie dam rady?! ja??! oczywiście, że dam!”.
i szłam tak przez miasto, trzaskając wesoło bucikami, ucieszona jak jakaś idiotka,
że oto lada chwila zafunduję sobie domowy obóz koncentracyjny.
i wtem…

otrzeźwiło mnie.
aż przystanęłam. i niemal przetarłam oczy z niedowierzania i zdumienia nad własną głupotą.
po czym – również mentalnie – jebnęłam się trzy razy w głowę. dwa razy telefonem, a raz o latarnię. z bańki.

i poczułam, że to jest chyba jakiś chory żart.
oraz czy mnie do reszty popierdoliło.
oraz że żadna desperacja nie usprawiedliwia autodestrukcji.

jak mówią starzy górale – dziś nie utyłaś, jutro nie schudniesz.
trochę pokory, panno lalu!

Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz