pierwszy moment krytyczny – zaliczony! ;)
jak w każdą niedzielę tak i dziś odwiedziłam Posłańca Uczuć,
jednak zamiast cudownego śniadania obfitującego w mniej i bardziej kaloryczne cuda-wianki,
wypiłam czarną kawę bez cukru (no dobra, i tak tylko taką piję, innych jej postaci nie uznając)
oraz szklankę świeżo wyciśniętego soku z grejpfruta. i to wszystko.
siedziałam wśród tych, którzy jedli, smakowali i rozpływali się w gastronomicznych zachwytach.
i nic. serduszko mi nie pękło. nawet się nie spiszczałam ani nie zmarudziłam.
czyli jednak można. nie, nie powstrzymać.
po prostu emocjonalnie zamknąć na jedzenie.
na jak długo? nie wiem.
są tacy, którzy w ogóle nie wierzą, że mi się uda. ba! nawet więcej – wątpią w to,
że naprawdę chcę schudnąć. nie powiem, żeby jakoś szczególnie podcinało mi to skrzydła.
moja przekorna natura mówi raczej:

możecie więc siać swój defetyzm, a za pół roku co najwyżej pocałujecie mnie w mój ekstra wyrzeźbiony tyłek.
akurat dzisiaj chce mi się wierzyć w siebie, choć zapewne – zgodnie z powszechnym prawem ciążenia –
dramatyczne serie zwątpień, upadków i porażek dietetycznych mam jak w banku.
pociesza mnie tylko fakt, że już nie raz podnosiłam się z podłogi, podwójnego dna i najgłębszych czeluści,
więc można rzec, iż mam w tym temacie niemałe doświadczenie.
co również mnie cieszy – to fakt, że się zawzięłam. rzadko bo rzadko, ale owszem, zdarza mi się od wielkiego dzwonu,
że się w sobie zbiorę i zawezmę, a wtedy wjechać mi na ambicję jest bardzo łatwo. co niniejszym uczyniono ;)
kto mnie zna od lat, ten wie, że w fazie uogólnionego zawzięcia I’m a racing car passing by like Lady Godiva.
i dlatego piosenka dnia należy dzisiaj do Queen:
co prawda jutro rano idę na siłownię, więc pewnie moje dzisiejsze poczucie omnipotencji
dozna bolesnego uszczerbku i wstydliwego zwiotczenia, ale póki co – kozaczę sobie i zadaję szyku.
a, zapomniałabym: żelazne godziny posiłków wymagają niestety żelaznej dyscypliny –
żeby dokonać tej (na pozór) niemożliwej rzeczy – muszę niniejszym uregulować mój tryb snu i czuwania.
czyli „dobranoc” nastąpi o… 23.00. no cóż, wtedy to się dla mnie wieczór dopiero rozkręca…

a w ogóle to o której godzinie chodzicie spać? tak szczerze… ;)
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu




Dodaj komentarz