strzelaj albo giń. kochaj albo spierdalaj. wszystko albo nic.
smutek i euforia. udręka i ekstaza. stupor i gonitwa myśli.
gra na wielu bębenkach i operowanie skrajnościami to moja specjalność.
nie rozumiem, dlaczego myśląc o innych, potrafię się wczuć
w sto tysięcy odcieni szarości i emocjonalnych stanów pośrednich,
natomiast samą siebie postrzegam wyłącznie w czerni i bieli –
jak się rozpadam, to w drobny mak; jak przywracam do pionu,
to z kopa i za mordę; jak się odchudzam, to zaraz głoduję przez 3 tygodnie;
a jak odpuszczam, to folguję najniższym instynktom;
jak kocham, to na forever, a jak się kłócę, to w ciągu godziny
sześć razy pakuję i rozpakowuję walizki;
jak mam wyjebane, to po całości, a jak idę na siłkę –
to od razu na 2 godziny, podczas których zaliczam kontuzję stopy
i umieram na bieżni.
przeważnie jestem jak histeryczny i narowisty koń w galopie,
który leci, nie patrzy, cwałuje, całuje, kupuje, je, wpierdala, rozwala,
kruszy, bałagani, zapomina, tratuje, równa z ziemią, przewraca się,
płacze, rży, postanawia umrzeć albo zniknąć, popadając w odrętwienie –
uprzednio zaprzestawszy odzywania się, odżywiania i oddychania.
zawsze chciałam mieć starszego rozsądnego brata,
który by mnie w połowie drogi zdzielił porządnie w łeb
i zapytał, dokąd ja kurwa zmierzam oraz po ki chuj.


Dodaj komentarz