odkąd, wraz z tegoroczną wiosną i dużą dawką paroksetyny,
wyszłam z trwającej niemal rok depresji –
znów zaczęłam malować oczy i rozpuszczać włosy,
a kupiwszy sobie pół tuzina czarnych spodni
(zdolnych pomieścić parostatek, orkiestrę dętą oraz mnie samą)
oraz tyleż samo czarnych bluzek o powierzchni co najmniej spadochronu –
zaczęłam także bez większych problemów wychodzić z domu.
przestałam też płakać.
no dobra, zdarzyło mi się tylko dwa razy – wtedy gdy patrzyłam na tańczących ludzi.
kocham tańczyć. to jedyna forma ruchu, która zbliża mnie do latania,
o którym śnię prawie każdej nocy, unosząc się nad miastem,
skacząc pomiędzy dachami kamienic, pokonując astronomiczne odległości,
przedzierając się przez rześkie powietrze poranków i wieczorów.
wróć. kochałam tańczyć. czas przeszły. dokonany. zakazany.
od dawna nie mam siły unieść swojego wielkiego ciężkiego ciała.
przestałam je czuć. przestałam o nim myśleć. tym bardziej nie chcę o nim pisać.
* * *
moja Mama nigdy nie owijała słów w bawełnę, a bullshitu w papierki od cukierków.
dlatego wczoraj, jak gdyby nigdy nic, znokautowała mnie pytaniem:
Mama: – Ola, ale właściwie kiedy to się stało?
ja: – Co?
Mama: – No… kiedy ty tak utyłaś?! Jesteś… ogromna!
ja: – Uhm… Nie wiem, jakoś tak w międzyczasie…
* * *
no właśnie.
kiedy mi się TO stało. oraz dlaczego.
what went wrong…?
dlaczego z dziewczyny zamieniłam się w grubą babę?
szukając odpowiedzi, zajrzałam do starcy zdjęć.
w 2006 roku jestem chudym chłopcem bez cycków:

w 2007 – już dziewczyną, ale jeszcze nie grubą

w 2008 nadal mogę skakać:

i mieszczę się w większość swoich ubranek:

dotychczas sądziłam, że zaczęłam tyć w 2009 – ale z perspektywy czasu sądzę, że 2009 był jeszcze znośny:

waga drgnęła w 2010, ale nie było jeszcze paniki:

chociaż pamiętam, że na Paradzie Równości w 2010 uważałam się już za pączka:

no więc już wiem – początek 2011 roku. tak, pamiętam, co się wtedy wydarzyło. i co trwało przez wiele miesięcy.
nie zauważyłam jednak, że w ramach skutków ubocznych zaczęłam żreć i tyć.
w maju 2011 byłam już sympatycznym grubaskiem… :(

no i stało się. w 2013 nie mieszczę się już w nic oprócz pokrowców na słoniątka:

a moja twarz przypomina purchawkę. nie mogę na siebie patrzeć. ważę 83 kg.
to chyba ostatni moment, by to zatrzymać.
no więc
odchudzam się.
teraz to już na serio.
zaczynam jak zwykle od słów. i od tej notki. żeby było oficjalnie i bez ściemniania na drugi dzień,
że przecież tylko żartowałam i owszem, zacznę się odchudzać, ale dopiero od poniedziałku.
nie jest mi łatwo o tym pisać, ale skoro doprowadziłam się do takiego stanu, to chyba kara za grzechy się należy.
będzie boleć. już boli. i jest mi wstyd. dlaczego na blogu?
bo tak.
blog daje mi zdrowy dystans do samej siebie.
potrzebuję motywacji i kontroli.
waszych dobrych rad, doświadczeń i pomysłów.
oraz towarzystwa, jeśli ktoś zechce się przyłączyć.
nie jestem aż taką ekshibicjonistką i masochistką, by wzorem publicznie odchudzających się blogerek
zamieszczać swoje aktualne zdjęcia w bikini i samobiczować się fałdami tłuszczu.
ale sami przyznacie, że model 3D z Vitalii daje po oczach. Zazie Mutant Masa.
nie jestem zbyt wysoka. mam 164 cm wzrostu.

właściwie to nie wiem, jak się zabrać do odchudzania. wszelkie diety-cud odpadają na starcie.
a także idiotyczne głodówki, po których chudnę w tydzień 6 kg, a potem tyję trzy razy tyle. mam dość.
jestem zdesperowana. chcę schudnąć w miarę szybko, ale rozsądnie. i na długo. najlepiej na stałe.
do końca września. 20 kilogramów w trzy miesiące? da się? :(
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz