nie, nie mam już depresji, chce mi się żyć, serio. ale kryzys zawodowy jest głęboki jak rów mariański.
czemu? otóż mam pewne wyobrażenie, jak powinnam funkcjonować, pracować i działać:
ile stron dziennie mam napisać, ile lalkowych ubranek uszyć, ile pomysłów wygenerować.
z tego diametralnego rozdźwięku pomiędzy moimi oczekiwaniami a możliwościami rodzi się frustracja,
która żre mnie niczym robak dorodną padlinę na poboczu ruchliwej drogi za rogatkami miasta.
tymczasem tekst mi się rozjeżdża wzdłuż i wszerz, wpycham go bezradnie w kanwy opowieści, ujebana po łokcie.
sezon roślinnego pylenia w pełni. histamina buzuje w tkankach, nakrapiając skórę raz po raz różanym wykwitem.
10mg cetyryzyny o poranku skutkuje narkoleptycznym padaniem na nos około południa.
kładę się w ciepłej plamie słońca na podłodze, nos w nos z Kumokiem, nasłuchuję odgłosów domu.
potem ratuję się dzbankiem kawy i esencją herbacianą, ale wszystko na nic.
piasek skrzypi pod powiekami, a czas przesypuje się przez palce. czuję narastającą złość.
Mr. Sandman, bring me a dream…
it’s just the beast under your bed
in your closet
in your head


Dodaj komentarz