Był zezowaty, nie wiodło mu się, zmarniał. Znając przyczyny, wcale nie ubolewał.
Od czasu kiedy na pożegnanie z niechęcią zatrzasnął odrzwia wysokiej uczelni, która w niczym nie zaspokoiła jego wewnętrznej udręki,
pozbył się wszelkich rojeń o świetnej przyszłości i urągając życzliwym przepowiedniom najbliższych i znajomych, utknął w samym sobie,
skrzętnie zajęty porządkowaniem cennego zbioru: istotnych i pozornych problemów.
Odtąd stał się już całkiem jednolity i przyjął zwyczaj bolesnego splatania rąk na piersiach, co oznaczało zapewne kierunek jego dociekań
i dopuszczało domysł, że grzebie obecnie tylko w duszy własnej. Nowym, silnym przedsięwzięciem odgraniczył sie ostatecznie od całej przeszłości (…).
Wyzbywszy się zamiaru pospolitych z bliźnimi współzawodów, doznał prawdziwej ulgi i posilenia. Mógł rozumować spokojnie,
wszystkie niepowodzenia przypisując zezowatemu błędowi w oczach, jaki otrzymał w darze od urodzenia. Łatwo pojąć.
Wszak jednym rozstrzelonym spojrzeniem ogarniał daleko więcej aniżeli ci wszyscy, którzy patrzyli poprawnie, zdrowo.
większość słów nie przechodzi mi przez gardło.
dlatego wolę je pisać. w internecie.
rzucić na wiatr i odwracając się pospiesznie
uciec na powrót do siebie.


Dodaj komentarz