– czytam na forach internetowych o tym, jak po 75 mg ludzie osiągają stan życiowej euforii.
ja po 225 mg ledwo wstaję z łóżka. nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że wpadłam tak głęboko.
what went wrong? i kiedy? oraz dlaczego, skoro cały czas byłam na lekach?
fluoksetyna, paroksetyna, escitalopram… i chuj. ot, taki psikus.
staram się. naprawdę się staram. staję na głowie, żeby normalnie pracować. zmuszam się,
żeby odbierać telefony i brzmieć nieco radośniej niż małomiasteczkowy przedsiębiorca pogrzebowy.
uśmiecham się na poczcie i do pani w sklepie. mimo że założenie butów i zejście po schodach
kosztuje mnie nadmiar psychicznego wysiłku.
robię wszystko, żeby tylko nie położyć się z twarzą do sufitu. been there, done that.
ale rozpaczliwe trzymanie się krawędzi pazurami wychodzi mi marnie.
nie wiem, jak długo jeszcze jestem w stanie na siebie poczekać.
i czy w ogóle do siebie wrócę. wiem, że dramatyzuję. że teraz tak to widzę.
że z depresji się wychodzi, nie takie rzeczy ludzie muszą znosić, że powinnam się cieszyć,
że żyję, bo inni przecież już nie. oraz że dzieci w Afryce. ja wiem. i naprawdę jestem światu wdzięczna.
ale od noszenia głowy, która waży 5 ton czasem boli mnie całe ciało.
dlatego od kilku miesięcy trzymam ją w dłoniach. i czekam.
choć czasem mam ochotę cisnąć nią z całej siły o ścianę.


Dodaj komentarz