są dni, kiedy po prostu nie umiem/nie mogę ruszyć z miejsca. wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku, a mimo to
siedzę oddzielona od świata grubą dźwiękoszczelną szybą. i nic nie mogę. nic.
wszystko mam poukładane w głowie. niemal widzę, jak wstaję, idę, dzwonię, rozmawiam, piszę, przemieszczam się.
metodycznie, od punktu a do punktu b, bez problemu. bo przecież wiem, co robić. jak robić. oraz po co.
zmuszam się. próbuję. wykonuję kilka niepewnych i niezgrabnych ruchów, po czym cofam się i zamykam w sobie.
w taki dzień jak dzisiaj słowa więzną mi w gardle, a dłonie bezwiednie i ciasno oplatają ramiona,
tak by nie dotarł do mnie nawet najmniejszy skrawek rzeczywistości. jestem szczelna. nienaruszona.
ale wcale nie bezpieczna. wręcz przeciwnie.
toż to zwykły lęk rudą warstwą wżera się.
korodujesz dzień za dniem.
myślę, że jestem dla siebie zbyt łagodna, za bardzo pobłażliwa.


Dodaj komentarz