Idzie niebo ciemną nocą,
ma w fartuszku pełno gwiazd.
Gwiazdy świeca i migocą,
aż wyjrzały ptaszki z gniazd.
Jak wyjrzały, zobaczyły
to nie chciały dłużej spać.
Kaprysiły, grymasiły,
żeby im po jednej dać.
Gwiazdki nie są do zabawy,
tożby nocka była zła.
Bo usłyszy kot kulawy,
cicho bądźcie! Aaa…
[Ewa Szelburg-Zarembina]
* * *
tej nocy Bianka nie mogła zasnąć. przewracała się z boku na bok, liczyła sunące za oknem gwiazdy i przelatujące planetoidy…

nadawała latarką komunikaty dla duchów, kosmitów i strzyg w alfabecie Morse’a, ale nikt nie odpowiadał.
noc była ciemna i głucha… a przynajmniej tak wydawało się Biance.
ślizgała się smugą światła po ścianach i suficie, ale żaden złowrogi cień nie chciał się zmaterializować. nic nie stuknęło. nic nie zachrobotało.
– Co to za noc bez tajemnic, cudowności i przestraszeń! – westchnęła rozgoryczona Bianka.

była srodze zawiedziona, że nawet domowe upiory i mieszkaniowe straszydła nie chcą współpracować, siedząc jak myszy pod miotłą
i bojąc się stamtąd wyściubić swoje lodowate nosy i zgrabiałe ręce. ani jeden kościotrup nie chciał wypaść z szafy.
ani żywego ducha! słowem – straszna posucha.
pstrykając od niechcenia latarką, Bianka poczłapała do okna. a tam…!

– Śnieg! Śnieg! Śnieg! Ach więc tej nocy miał spaść śnieg! I oto jest! Roziskrzony od gwiazd, biały jak droga mleczna i zachwycający jak rój perseidów.
Wobec cudowności śniegu wszystko inne traciło rację bytu. Nic więc dziwnego, że duchy były tej nocy wyblakłe, anemiczne i nieobecne.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie śmiałby konkurować ze śniegiem… – rozmyślała półgłosem Bianka, rozpłaszczając nos na zimnej szybie.
Przetarła oczy i zamrugała ze zdziwienia… Mogłaby przysiąc, że przed chwilą widziała… srebrnego renifera i gwiezdnego jednorożca!

– Ale niee… to niedorzeczne! To tylko sarny i niedźwiedzie polarne zwabione fantastycznym blaskiem fosforyzującego śniegu… –
wytłumaczyła sobie Bianka, naciągając koszulkę na głowę i podświetlając ją latarką. Nie każcie mi tłumaczyć, po co, bo nie wiem.
Postanowiła obudzić Orkę i Janinkę. Założyła kapciuszki i bezszelestnie wślizgnęła się do ciemnego przedpokoju… Pstryk!

Bez latarki ani rusz. Przedpokój był nieznany i mroczny, a po jego ścianach prześlizgiwały się dziwne kształty…
Chciała stamtąd uciec jak najszybciej. Podłoga skrzypiała, a pod nią – och! słyszała to wyraźnie –
przebiegało tysiące maleńkich mysich stóp…

A myszy Bianka bała się tysiąckroć bardziej niż duchów!
Jednym susem zeskoczyła ze schodów wprost na próg pokoiku Orki – łubudu!
Orka nawet nie drgnęła. Pufff! Pufff! Pufff! – miarowo posapywała noskiem, którego tylko czubek wystawał spod ciepłej pierzynki.

Budzenie Orki – będące nie lada wyzwaniem! – Bianka zostawiła sobie na później.
Wiedziała, że o wiele szybciej pójdzie jej z Janinką…

Janinka leciutko uśmiechała się przez sen… Bianka zawahała się, czy aby na pewno godzina 5.30 w sobotę to odpowiednia pora…
No ale przecież spadł śnieg! Więc sami rozumiecie!!!

A że Janinka spała tak płytko jak przysłowiowy zając na miedzy – wystarczył tylko szelest, by ją zbudzić.
– Jaaaniiinkaaaaa…. Jaaaniiinkaaaa… – teatralnym szeptem syczała Bianka, ciągnąc ją za ramię – Śśśśpiiiiiiisz?!

– Nie, już nie śpię – mruknęła Janinka, otwierając jedno oko.
– Ojej, obudziłam cię? Przepraszam! Ale wiesz, spadł śnieg! Szybko, wstawaj! Gdzie schowałaś nasze sanki? – trajkotała Bianka.
– Nie sądzisz chyba, że prosto z ciepłego łóżka pójdę z tobą tarzać się w śniegu?! – oburzyła się Janinka.
– Ty nie, ale Orka tak! – sprostowała Bianka – Ale tylko ty wiesz, gdzie są nasze sanki!

– Najpierw poranna gimnastyka, potem śniadanie, a potem… – zaczęła wyliczać Janinka, ale Bianka już jej nie słuchała.
Pobiegła budzić Małego Kasztana z pokoju obok.
– Orrrrrkaaaaa!!!! Ooorrrkaaaaa! Wstaaawaaaj!!! – niecierpliwiła się Bianka, ściągając kołdrę z młodszej siostry.

– Nie! Nie! Nie! Nie! Ja nie mam czasu! Ja tu jeszcze śpieeeeee…. Idź sobie! – marudził Mały Kasztan.
Ale Bianka ani myślała odpuszczać. Nie po to spadł śnieg, żeby wylegiwać się w łóżku!

– Mały Kasztan próbował powalić Biankę jakims sprytnym ciosem karate, ale jego nóżka okazała się zbyt krótka.
Więc niestety musiał wstać. Biedny, biedny Kasztan. To znaczy Orka.

Jeszcze przez chwilę kiwała się sennie, planując opaść na poduszkę, ale Bianka była szybsza. Chwyciła Orkę za nogę i zaciągnęła do łazienki.
Kasztan nadal spał, mimo otwartych oczu. Skutkiem czego narozwalał, natłukł i narobił szkód w łazience.

No ale tak to jest, jak się budzi Małgo Kasztana zupełnie nie w porę.
– Zjedz, Orunia, to ci się humor poprawi! – czule przekonywała ją Janinka.

Ale sami przyznacie, że pyszna jajecznica a wylegiwanie się w ciepłym łóżku to zupełnie inna bajka. Zresztą najlepiej zjeść jajecznicę w łóżku.
Orka grymasiła. Nic jej nie smakowało.

Złościła się, krzywiła buzię i kopała nóżkami w stół. What a lovely morning!
Z każdą minutą było coraz gorzej. Orka przechodziła samą siebie.

Aż w końcu Królewna Jęczybuła znudziła się sama sobą, wzruszyła ramionami i wciągnęła sześć kanapeczek z żółtym serem.
No bo przecież człowiek musi mieć siłę do zabawy, bałaganienia i dzikiego kociokwiku!

Janinka chciała co prawda, żeby dziewczynki posprzątały w pokoju, ale szybko porzuciła ten pomysł i doznała lekkiego załamania nerwowego.
Szybko się jednak otrząsnęła. Pomogło gorące kakao i kilka pudeł ozdób choinkowych, które przyniosła ze strychu.
No bo skoro spadł śnieg, to trzeba ubrać choinkę! Juuuhuuuu!!!

zabawkowa wersja choinki stanęła w zabawkowym pokoiku Orki…
a ta prawdziwa, świąteczna – u Janinki.

mistrzem ceremonii w jej ubieraniu, zdobieniu i obtańcowywaniu dookoła był – rzecz jasna – Mały Kasztan, który…
sobie tylko znanym czarodziejskim sposobem w kilka chwil zmienił pokój Janinki w gwiezdne planetarium

jeszcze tylko ostatnia bombka i choinka może czekać na przybycie Mikołaja! no bo przecież wszyscy byli grzeczni, prawda? :>


Dodaj komentarz