i ukazywało w nieskończonych ewolucjach złocistą matematykę swych kół i trybów.
W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych z obu stron, od poranku i od wieczora,
w futrzane krawędzie zmierzchów (…) miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy,
z trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu.
Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna z tych jasnych nocy,
w których firmament gwiezdny jest tak rozległy i rozgałęziony, jakby rozpadł się,
rozłamał i podzielił na labirynt odrębnych niebios, wystarczających do obdzielenia
całego miesiąca nocy zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami
wszystkich ich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów.
Jest lekkomyślnością nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i pilną,
albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice.
Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.
Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno znane i wiadome,
w których te ulice mają swe miejsce i nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty,
jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji.
Te kuszenia nocy zimowych zaczynają się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobie drogi,
użycia niezwykłego lub prędszego przejścia. Powstają ponętne kombinacje przecięcia zawiłej wędrówki
jakąś nie wypróbowaną przecznicą.
*** [Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe]








Dodaj komentarz