dzisiaj miało być naprawdę pięknie.
kiedy ranne wstawałyby zorze, zapierniczałabym już hyżo na siłeczkę i chudłabym w locie.
ale nie. nic z tego.
poprzedniego wieczora dowiedziałam się, że jedyny możliwy termin spotkania z klientem
to ósma rano.
ó s m a.
oraz r a n o.
świat o ósmej rano wygląda mniej więcej tak…
a ja wyglądam mniej więcej tak. bardziej mniej niż więcej:
bije ode mnie radość, entuzjazm i pozytywna energia jak jasna cholera. mam ochotę rzucać na odległość widłami amerykańskimi.
nie rozumiem, dlaczego nie mogę – wzorem ślicznych dziewcząt z internetu – fotografować rankiem swojej latte na mleku sojowym,
szafiarskiego outfitu na sezon fall/winter czy stóp z pomalowanymi paznokciami w białej pościeli – o nie, ja muszę fotografować
swój plamiasty i siny z zimna ryj, wory pod oczami oraz okulary upaprane maścią na pryszcze.
nigdy się nie nauczę. nigdy! neva. #ichuj.
co nie zmienia faktu, że i tak idealnie wpisuję się w najnowszy nurt sztuk wizualnych, zwany instagrameryzmem:
Every time I take a photo of an old door,
Every sign out in front of an abandoned store
It’s such a thrill to add a filter
Lo-fi, lo-fi.
och, uwielbiam instant-fotki! zero techniki, zero wysiłku, zero wiedzy.
kocham appki, filtry, dodatki i gówienka.
na pohybel szlachetnym artystom fotografikom! ;)
kto ma telefon, niechaj pstryka!
»Żyjemy w społeczeństwie złaknionym obrazów – ekran znajdziemy nawet w samolotowym fotelu,
a aparat fotograficzny w telefonie. Inaczej aniżeli słowa, wymagające poświęcenia im czasu i wysiłku,
obrazy zmuszają nas, abyśmy na nie patrzyli, a ich przekaz jest natychmiastowy.
W rezultacie, kiedy obrazy i słowa rywalizują ze sobą, jednomyślnie opowiadamy się za tymi pierwszymi,
albowiem to „obraz jest tym, o czym będę pamiętać następnego dnia, w przyszłym tygodniu
i prawdopodobnie przez całe swoje życie”« [Meredith Badger, Visual Blogs, 2004]
koniec dygresji – narracja nie będzie czekać, przecież spieszyłam się na spotkanie! które zresztą okazało się przemiłe.
po wyjściu zderzyłam się ze słońcem ślizgającym się po zimnym murze…
nie wiem czemu, nie wiem po co – ale zgrabiałymi z zimna palcami wyłuskałam z czeluści torebki telefon i pstryk! pstryk! pstryk!
dla utrwalenia poranno-zimowego nastroju miasta przy całkiem znośnym humorze własnym:
ostrość mam gdzieś. a szum i mora są miłe w dotyku, jak futerko kieszonkowego zwierza.
a w ogóle to jadę na Tarchomę odebrać listy. i o dziwo – nawet to wydaje mi się dzisiaj całkiem znośne.
z ukochaną Janelle w uszach jadę sobie na koniec świata:
The grass grows inside
The music floats you gently on your toes
Touch the nose, he’ll change our clothes to tuxedos
Don’t freak and hide
I’ll be your secret santa, you be mine
a na Tarchominku – jak zwykle rządzi dziewczyński aktyw:
tuż obok jest gimnazjum ;) oto rośnie nowy narybek manifowy :))
och, to był dobry dzień.
ostatecznie nie rzucałam w dal widłami gnojowymi.
ugotowałam za to gingerchickena na kolację.









Dodaj komentarz