melduję, że jestem, wróciłam i cudem wylądowałam w ojczyźnie, bo pilotowi ryanair,
który zbyt późno posadził swojego boeinga na polskiej ziemi (a raczej pierdolnął nim o płytę lotniska) ,
skończył się pas lądowania i hamował chyba zębami. to po pierwsze.
po drugie – starłam sobie zęby od zgrzytania ze złości na okoliczność bachora (nie dziecka, lecz BACHORA),
który podróżował obok nas ze swą nieszczęsną matką i równie doświadczoną przez los babcią.
bachor ów był przypadkiem granicznym, totalnym i klinicznym. i nie mam tu na myśli “płaczu” czy “grymaszenia”,
które nagminnie zdarza się maluchom w samolocie, jest naturalne, zrozumiałe i nikt nie powinien mieć o to pretensji.
w przypadku bachora mam na myśli nieprzerwane i opętańcze darcie się przez bite dwie godziny, szarpanie się z matką,
szarpanie matką, szarpanie babcią, szarpanie fotelem, szarpanie wózkiem cateringowym i ogólne szarpanie samolotem.
bachor, o którym mowa był w wieku trudnym do sprecyzowania, bo:
– był dorodnym mutantem długości na oko 1 metra i wadze przeciętnego pięciolatka
– miał ledwo co wykiełkowane zęby, srał w pieluchy i jeszcze nie mówił
– miał burzę złotych loków, śliczną buźkę aniołka i rumiane policzki
– był dziewczynką
– nie, bachor z pewnością nie był niepełnosprawny, opóźniony czy chory – był po prostu ogromnym, przekarmionym
i nadreaktywnym półtoraroczniakiem, z którym ani matka ani babcia nie mogły sobie poradzić,
a za każdym razem kiedy bachor rozpoczynał kolejną serię wycia, darcia się, plucia, wierzgania, szarpania
i napierdalania we wszystko i wszystkich nogami i rękami, obie panie momentalnie zatykały mu buzię żarciem:
a to parówką, którą mutant ściskał w rączce oraz napierdalalał nią matkę po twarzy, a następnie wbił jej tę parówkę w oko;
a to bananem, który bachor pożarł wraz z połową skórki, zaś drugą połowę miętolił w łapach,
owijał nią szyję oraz chlastał matkę po twarzy niczym batem; a to czipsami, a to muffinem.
następnie bachor zesrał się i został przwinięty na siedzeniu, a jakże.
potem zrozpaczona matka usiłowała zająć bachora familiadą puszczaną na smatrfonie,
plastikową pozytywką wygrywającą bollywoodzkie melodie oraz innymi rekwizytami z dziecięcego repozytorium.
pod koniec podróży – umęczona i spocona – szarpała bachorem, który szarpał nią.
babcia tymczasem usiłowała wcisnąć pomiędzy szarpiących się kolejną parówkę.
no a ja zgrzytałam sobie cichutko zębami, gapiąc się w chmury.
po wylądowaniu (a raczej jebnięciu o ziemię) na lotnisku w podwarszawskim Modlinie,
przedstawiciele mafii taksówkowej kurtuazyjnie zaproponowali nam kurs do Warszawy Centralnej za drobną opłatą 320 złotych,
schodząc stopniowo z ceny do 40 zł za osobę (!), a ponieważ byliśmy we troje (z SuperBadim Danim),
a ja nie chciałam się dłużej kłócić z taksówkarzem (na koniec usłyszałam, że: “Jak się chciało tanich lotów z Modlina,
to teraz trzeba płacić!” oraz coś w stylu biedota-chołota-polaki-biedaki-cebulaki),
więc wybraliśmy opcję wizzairowego busa za 33 zeta od osoby.
po godzinie byliśmy w stolycy, a ja od razu wpadłam w sam środek bałaganu, zaległości w pracy,
zafaflunionych przeziębieniowo mopsów i uogólnionego kociokwiku. ale jest dobrze.
jest naprawdę dobrze. mimo braku pieniędzy, mimo monitów o niezapłaconych abonamentach i rachunkach
(no bo jak wytłumaczyć urzędom, że pieniądze mam, ale wirtualne, bo wystawiłam fakturę, a klient nie płaci…),
mimo niepewności, co dalej i którędy – jest dobrze. oczy odpoczęły od komputera, ręce od klawiatury,
a głowa od obsesyjnych myśli.
wenlafaksyna wydaje się czynić swoją powinność. powoli wracam do życia.
wytęskniłam się za mopsami jak jasna cholera. zrobiłam pierdyliard zdjęć chmurom, wzgórzom, dżdżom, deszczom i mżawkom.
kupiłam sobie zimowe buty z mega przeceny oraz torbę na zakupy z wizerunkiem miłościwie panującej królowej.
w ramach shoppingu nie zmieściłam się w 23 pary spodni w rozmiarze od 44 do 46, ale chujże z tym. cóż poradzić.
od poniedziałku idę na siłownię, o ile mi ktoś w końcu zapłaci, bo na koncie mam całe 18 złotych z groszami.
acha, mam mnóstwo zdjęć, więc jeśli ktoś miałby ochotę je tutaj obejrzeć,
to w ciągu najbliższych dni wrzucę na bloga mnóstwo zdjęciowego spamu ;)
fajnie, że czekaliście!
buzi! ;*




Dodaj komentarz