odpowiedź na pytanie: dlaczego z uporem maniaka fotografuję chmury? – znajdziecie TUTAJ ;)
i tak oto kocham podniebne wycieczki i niebo malowniczo usrane barankami,
zaokienne układanki przestrzenne pól i lasów oraz tysiąc światłocieni pór dnia i roku
od startu aż do lądowania siedzę przyssana niczym glonojad do szyby i chłonę sobie tę podniebną czasoprzestrzeń.
tym razem w bagażu podręcznym – bez biletu! – przemyciłam Orkę,
która po wygramoleniu się na powierzchnię nie okazała jednak spodziewanego entuzjazmu:
miętosząc w łapkach żelkowego misia, nerwowo i nieufnie zerkała w stronę okna…
– Patrz! – mówię do niej – Niebo ma kolor Twoich oczu. Nie ma się czego bać!
– Całe jest porysowane i pocięte! Jak ślizgawka od łyżew! – pisnęła, jeszcze mocniej ściskając misiogluta.
– Zupełnie nie rozumiem, czemu mnie tu zabrałaś… Chcesz żebym spadła z tak wysoka?
– Nie spadniesz, Orka! No co Ty! Pod nami jest miękka pierzynka z chmur!
– Sama miałabym ochotę wybić szybę, wyskoczyć stąd i stąpać po niej boso…
– Oszalałaś. Rozszczelnisz kabinę i nas wyssie… Wessie… Utoniemy! – prychnęła Orka z miną znawcy tematu.
– Bezpieczniej będzie, jak sobie tu postoję. W kąciku. I chwycę się mocno siedzenia…
– Orka, no zobacz! To wata cukrowa, puszyste baranki, słodkie białe grzywy koników na biegunach, lodowa słodycz bałwanków…
– brnęłam uparcie w przymilne metafory, ale Orka zgasiła mnie jednym oburzonym parsknięciem:
– Chyba Cię pogięło, Olga. Ile ty masz lat?! Sama się bujaj na tych konikach! –
– rzekła Orka, pociągając rozzłoszczonym noskiem i jednak ciekawsko zerkając w wielki błękit…
– Jak wlecimy w słońce, to nas upiecze! Strzaska nas na heban! Spalimy się na wiór!
– Dużo wiesz o opalaniu, Orka… – westchnęłam pełna uznania.
– Oczywiście! Czytuję magazyny dla pań! Też mogłabyś zacząć, nie wiem, zadbać jakoś o siebie…
… kocham Cię bardzo, bo jesteś moją najlepszą koleżanką, ale wiesz… Wygląd też jest ważny!
– Wygląd jest bardzo ważny… – rzekłam poważnie, wyglądając przez okno.
– Ale patrząc na to wszystko, mogę o nim zapomnieć… Patrz, jak to wygląda!
– W sumie nawet fajnie… To co mówiłaś o tych cukrowych grzywach koników…?
– Ja myślę, że są to bardziej niedźwiedzie polarne! Wielka parada białych misiów!
– Wiesz, one idą z północy… Niedługo będą w całej Europie! I wszędzie będzie biało!
– A skąd Ty masz takie tajne informacje, Orka? – zaciekawiłam się.
– Sorry, ale nie mogę Ci powiedzieć. Wybacz. – stanowczo odparła Orka.
– Jedno jest pewne! Kiedy polarne niedźwiedzie dotrą do Warszawy, trzeba będzie jeść dużo czekolady!
– A dlaczego czekolady? – zdziwiłam się. Nie żebym miała coś przeciwko czekoladzie, wręcz przeciwnie.
– A dlatego. Od czekolady jest cieplej i weselej. Koniec kropka!
– Acha… – no faktycznie, ta mała ma rację. Od czekolady świat staje się lepszy!
tymczasem… ZIUUUUUUUM!!!! przechylamy się na lewą burtę i wykonujemy zwrot przez sztag.
– Co to?!! Co się dzieje?!!! – Orka zamarła, chwyciwszy się kurczowo fotela – Uderzył nas niedźwiedź?!
– Szybko! Wyjrzyj przez okno i powiedz mi, co tam się dzieje! – pisnęła przerażona.
– Spokojnie, to tylko biały wieloryb. Płyniemy teraz przez ocean – wyjaśniłam.
– Woda jest spokojna. Ocean śpi. Suniemy powoli w dół…
– A dlaczego w dół? – zdziwiła się Orka – Ach, bo ten ocean jest kulisty!
– Jest jak kulka lodów śmietankowych albo mydlana bańka… Albo mydło, na którym wczoraj się poślizgnęłam!
– A może po prostu ześlizgujemy się po grzbiecie wielkiego niedźwiedzia polarnego?
Może świat wcale nie stoi na żółwiach, ale właśnie na białych misiach?
– Co?! – wyrwało mi się niechcący, bo z metafor zboczyłam w myślach w rejony bardziej przyziemnie.
– No sama mi przecież mówiłaś! – upierała się Orka.
– Ale co mówiłam…?
– No więc to szło jakoś tak:
Pewien bardzo znany uczony (niektórzy twierdzą, że był to Bertrand Russell) wygłosił kiedyś popularny odczyt astronomiczny.
Opowiadał, jak Ziemia obraca się dookoła Słońca, a ono z kolei kręci się wokół środka wielkiego zbiorowiska gwiazd,
zwanego naszą Galaktyką. Pod koniec wykładu w jednym z końcowych rzędów podniosła się niewysoka, starsza pani i rzekła:
“Wszystko, co pan powiedział, to bzdura. Świat jest naprawdę płaski i spoczywa na grzbiecie gigantycznego żółwia”.
Naukowiec z uśmieszkiem wyższości spytał: “A na czym spoczywa ten żółw?”
Starsza pani miała gotową odpowiedź: “Bardzo pan sprytny, młody człowieku, bardzo sprytny, ale jest to żółw na żółwiu i tak do końca!
Dla większości ludzi obraz świata jako nieskończonej wieży z żółwi może się wydać śmieszny,
ale czemu właściwie uważamy, że sami wiemy lepiej?” [Stephen Hawking, Krótka historia czasu]
– Faktycznie – przyznałam – Równie dobrze może to być niedźwiedź polarny…
– Z gęstym białym futrem, oszronionym od śniegu i lodu…
– A jak to nie jest niedźwiedź, tylko biały lis, który zaraz ucieknie, a my spadniemy w przepaść?!
– To co wtedy?!! No co wtedy?! No powiedz! Powiedz! Powiedz!
– Nooo tooo wteeedyyyy…. – yyyy, cholera, nie mam pojęcia, co wtedy zrobimy…
– Może pilot coś wymyśli…? – i zabrnęłam w ślepą uliczkę.
– Ale co?!!
– Gdybym była pilotem, to bym zarzuciła takie wielkie lasso i złapała najbliższą górę lodową…
– … i jakbyśmy wszyscy stanęli na skrzydle i wspólnie tę linę ciągnęli, to wtedy…
… to wtedy znów wpłynęlibyśmy na ten spokojny śpiący ocean. Prawda?!
– Jasne, że prawda – odetchnęłam w myślach.
– A jak to wcale nie jest ocean…?
– Tylko miska pełna bite śmietany?!
– Tak wielka przeogromniasta miska należąca do wielkoludów!
– Zobaczysz! Za chwilę tuż obok pojawi się wielki gruby paluch wielkoluda i łyżka!
Wielka łyżka do nabierania bitej śmietany… I on nas zaraz połknie!!!
– Bez przesady – mówię – A ten samolot to niby co jest?
– Ten samolot to jedno piórko ze zdmuchniętego dmuchawca! Jedno maleńkie pióreczko,
które wpadło przez okno i wylądowało w bitej śmietanie!
– No to jesteśmy ugotowani. A w zasadzie połknięci. Prawie… – szepnęła z przejęciem Orka.
– Wpadniemy zaraz w sam środek wielkoludziego brzucha pełnego wielkoludzich flaków… – emocjonowała się mała.
– Może już tam jesteśmy? – bąknęłam niepewnie, próbując się wczuć w klimat.
– Suniemy sobie gładko przełykiem, kołujemy w żołądku, skąd płynnie dryfujemy w stronę dwunastnicy…
– Flaki! Flaki! Flaaaaakiiiiii!!!! – cieszyła się Orka.
Doprawdy, nie rozumiem, skąd u małych dziewczynek takie upodobanie do wnętrzności.
– Nie dość, że okazaliśmy się niesmaczni, to jeszcze będziemy niestrawni oraz zrobimy rzyyyyyygiiiiii!!!! – rozmarzyła się Orka.
– Rzygi wielkoluda… To jest to!!! – aż klasnęła w łapki.
– Musimy zacząć bardzo podskakiwać, kręcić się, tupać, krzyczeć i śmiać! – zarządziła.
– Ale po co? – zapytałam rzeczowo.
– No… Logiczne. – prychnęła Orka – Przecież mamy zrobić rewolucję pokarmową i sensacje żołądkowe!
– Trzyyy-czteeee-ryyyyy…!!!! Skaczemy!!! Wyżej!!! I tupiemy!!! Hahahahaha!!! Aaaa!!!
– Ekstra! On już się chyba źle czuje…! – podekscytowała się Orka.
– Kto?! Pilot??!! – zaniepokoiłam się.
– Nie!! No wielkolud przecież! Będzie rzygał!!! – wrzasnęła Orka – Wszyscy zakładać spadochronyyyyy!!!!
– Rzyyygaaaa!!! Wypadamy na zewnątrz i… leeeciiimyyyyy w dóóóół!!!!
– Pikujemy wprost na ziemię!!! Ale looooot!!! – Orka była najwyraźniej wniebowzięta.
– Ale przygoda!!!
– No faktycznie, chyba nas wyrzygał – stwierdziłam, spoglądając na zbliżającą się ziemię.
– Mówiłam ci! Mówiłam, że zadziała!!! – podskakiwała Orka.
Układanka pól i lasów stawała się coraz wyraźniejsza. Orka darła się jak opętana, imitując paszczą pęd powietrza…
Zaczynałam odczuwać prawdziwą ulgę, że ta podróż dobiega już końca.
Przecież ta mała upiorna dziewczynka miała się tylko zachwycić chmurami i siedzieć przy oknie z otwartą buzią.
W niemym – podkreślam: niemym – zachwycie.
No ale co poradzić, skoro to jest czort wcielony, diabeł patentowany, pieruny siarczyste ogniste kuliste!
– Oooooo….


Dodaj komentarz