rarka Orka nigdy nie widziała jesieni. powiem więcej – rarka Orka w ogóle mało jeszcze widziała, ale jej tego nie mówię. bo po co.
uparła się jednak, by zobaczyć jesień. wyjść jej na spotkanie. i chyba się przywitać.

stanęła pośród wysokich traw i zamknęła oczy, nasłuchując kroków z oddali:
– Idzie? To ona?!
nie wiem. nie słyszałam nigdy nadchodzącej jesieni, choć przecież zawsze na nią czekam,
z roku na rok obiecując sobie kolejne odrodzenie. 15 września jest dla mnie datą graniczną, magiczna, metryczną.
dniem, który ma zmieniać wszystko, lecz tak naprawdę nie zmienia nic. o zmroku jestem taka sama jak o poranku,
nie zmieniam się ani o jotę, milimetr i gram.

– Słuchaj – mówi do mnie rarka Orka – to ja ją zatrzymam, zagadam, a Ty w tym czasie szybciutko
się zmienisz, odmienisz, zamienisz… I jak ona przyjdzie, to już będziesz już całkiem inna, dobra?

rarka Orka wierzy, że można się zmieniać – tak jak zmieniają jej się kolory oczu za pociągnięciem sznurka.
ja natomiast nie jestem już tego taka pewna, jak byłam wcześniej. może dlatego tak ostrożnie ciągnę za sznurek Orki…

rarka Orka, buszując pośród żółtych dzwonków i abażurów, nie wie, że jest tu jeszcze Ktoś…
kto? nie wiem, ale słyszę. jak szeleści w koronie egzotycznego drzewa i oddycha z przejęciem, lekko posapując…

tymczasem Orka przymierza kolejne wianki, girlandy i kielichy – cała w lilaróżach, amarantach i fioletach

tymczasem Szelestnik Szeleszczeniec okazuje się być dzidzią niewiadomego gatunku i pochodzenia…

rarka Orka wdycha czystą poezję wczesnej jesieni

do nosa wchodzi jej mrówka, a w powiekę puka jej ciekawsko kwiatowy czułek-parzydełko

leśno-szeleszcząca Dzidzia niewiadomego pochodzenia postanawia niniejszym odmienić swoje życie…

w głębokiej refleksji pogrążona jest także rarka Orka, która zastanawia się, czy spakowała kanapki do koszyka…

Dzidzia, podjąwszy decyzję z gatunku tych egzystencjalnych, zadowolona prezentuje całkiem okazały uśmiech zębiczny…

a następnie bierze sprawy w swoje… w swoje jestestwo, bo rączek niestety nie posiada. i oto jest! tuż obok Orki!

– Sesesesese… – Dzidzia już wie, co robić, ale jeszcze nie wie jak. więc się czai. czajnikuje. czajniaczy. ale fajnie! i tajnie!

Orka jak zwykle szuka guza i pcha się tam, gdzie leźć nie powinna…

a Dzidzia ruchem jednostajnie i dżdżowniczo przyspieszonym pełza dziarsko za Orką

Dzidzia nie umie skakać, ale za to idealnie i niezauważalnie sunie labiryntowymi szczelinami

psssst! ukryła się.

– Sesesesesese… – Dzidzia wyłania się z mroku, a Orka jednym susem skacze nad przepaścią

– Dzyń! Dzyń! Dzyń! Jest tam kto?
– Nikogo nie ma w domu!

– Nie szkodzi, ja poczekam. Posiedzę tutaj, aż jesień przyjdzie…

Orka leży, a wiatr nad nią szumi i szeleści cudzymi drzewnymi liśćmi

– Hrrr… Hoopssssiiii…. Hooopsssssiiii… – i Orka psi.
a Dzidzia ma niepowtarzalną okazję, by…

zakraść się bliziutko i z zaschniętym dzwonkiem w swoich nie-rączkach przez chwilę poudawać dziewczynkę, jaką zawsze chciała być…

Dzidzia, przyglądając się dłuższą chwilę śpiącej Orce, stwierdziła w końcu, że są do siebie bardzo, ale to bardzo podobne –
co rzecz jasna pozwala przypuszczać, że są bliźniaczymi siostrami rozdzielonymi w dzieciństwie i teraz cudownie odnalezionymi po latach…

z radości Dzidzia klasnęła swoimi nie-rączkami, a Orka zawtórowała jej sennie i bezwiednie, budząc się w tej samej chwili…

– O! – pisnęła Orka i to było właściwie wszystko, co w owej chwili była w stanie z siebie wykrzesać.
nigdy bowiem nie widziała kogoś tak dzidzio-brzydkiego, lecz zębicznie uroczego.

Orka delikatnie poklepała zębiczną Dzidzię po twarzoczaszce… a Dzidzia nie posiadała się ze szczęścia.

siąknęła noskiem i przesuszyła ząbki w kolejnej odsłonie dzidziowego zębo-uśmiechu

Orka była wniebowzięta!

było już jasne, że do domu wracają razem.

– A na obiad jest pomidorowa!

i tak oto rarka Orka z Dzidzią Buuu odnalazły siebie po latach
cdn…


Dodaj komentarz