moje rozpaczliwe próby zaklinania i afirmacji rzeczywistości –
że przecież w gruncie rzeczy jest dobrze, jest super, poradzę sobie ze wszystkim,
będę pracować trzy razy więcej, sześć razy efektywniej i osiem razy dłużej,
aż w końcu wyjdę na powierzchnię, ba! wyskoczę niczym delfin um
i radośnie klasnę płetwą o krystaliczne lustro wody –
okazały się niestety pobożną mantrą naiwniaka wierzącego w swoją ewentualną omnipotencję.
otóż dupa, drodzy moi, bardzo blada. biednemu kij w oko i zawsze pod górkę.
wydawać by się mogło, że jako copywriterka wykonuję pracę umysłową –
jednak prawda jest taka, że żyję z pracy własnych rąk. ciężkiej pracy własnych rąk.
siedzę przy klawiaturze po kilkanaście godzin na dobę, dniami i nocami.
gdyby nie moje cudowne paluszki śmigające żwawo po klawiaturze,
to tymi wszystkimi okrągłymi frazami mogłabym sobie wytapetować głowę od środka,
a następnie iść spać i czekać na zbawienie.
potrzebuję kasy jak powietrza. a zarabiam tylko wtedy, gdy piszę.
wszystkim, którzy twierdzą, że freelance jest łatwy i przyjemny,
bo zamiast przy biurku z pełnym make-up’em mogę siedzieć na sofie w dresie –
pragnę uzmysłowić, że wcale nie jest tak różowo.
żaden szef czy account nie przynosi mi w zębach zleceń do realizacji,
sama muszę je sobie wywalczyć, za każdym razem udowadniając, że jestem lepsza niż inni.
nie płacą mi za obecność przy biurku od 9.00 do 17.00. nie wyrabiam płatnych dupogodzin,
pijąc kawę, aktualizując fejsa, napierdalając przez komunikator, czytając blogi i serwisy internetowe,
plotkując na ołpenspejsie, wyskakując na lancze, brancze i papieroski.
jasne, że mogę “zaspać” dwie godziny do pracy, ale i tak potem odrobię je z nawiązką
w nocy lub kosztem życia rodzinnego. mogę bez pytania wziąć dzień wolny.
ale wtedy nie zarobię ani grosza. tak samo z chorobowym. czy urlopem.
za wolność płacę z własnej kieszeni. podobnie za ZUS – tysiąc złotych miesięcznie.
to wszystko mój wybór oraz jego konsekwencje, które dobrowolnie chcę ponosić
w imię mojej wolności, swobody i niechęci do biurowo-korporacyjnej rzeczywistości.
prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy z dnia na dzień posłuszeństwa odmawia
moje podstawowe narzędzie pracy. nie, nie komputer.
R Ę C E
w niedzielę rano, po całej nocy tłumaczenia i pisania list dialogowych, po kilku godzinach snu,
kiedy już naszykowałam dzbanek z kawą i dzbanek z herbatą, by zasiąśc do kolejnych odcinków –
moja prawa dłoń powiedziała: stop. dziękuję za współpracę. koniec pisania.
i dodała do tego przeszywający ból od palca wskazującego do łokcia, drętwienie i ucisk w nadgarstku.
– o ty dzifko! – pomyślałam, zaciskając ją w pięść. ból rósł z minuty na minutę.
miała nade mną zdecydowaną przewagę. postanowiłam ją zamrozić.
odbezpieczyłam mój zestaw do krioterapii w postaci żelowej maseczki chłodzącej oczy, której rzecz jasna nie używam,
bo nie mam czasu, a i lubię mój heroinowy look z oczami podkrążonymi jak spodki.
no więc zamroziłam, owinęłam i czekam.
żeby nie marnować czasu, pstryknęłam lewą ręką fotkę i wrzuciłam na fejsbunia
z pytaniem: “co robić, droga redakcjo?!”

niezawodna ekipa doktora house’a nie kazała mi długo czekać na diagnozę:
zespół cieśni nadgarstka, porażenie, operacja, kilkumiesięczna rehabilitacja z dala od klawiatury.
i nie chłodzić, tylko rozgrzewać i rozruszać.
no to chlup! chłodząca maseczka ląduje we wrzątku, a następnie na moim nadgarstku,
parząc skórę do czerwoności. wykonuję przy tym zestaw ćwiczeń z dupy, bo naprawdę nie mam pojęcia, co robić.
na szczęście ekipa doktora house’a ma pojęcie: broń boże, nie rozgrzewać! usztywnić i schładzać! krioterapia jest najlepsza.
no więc siup! rozgrzany kompres ląduje w zamrażarce, a ja w popłochu szukam szyny usztywniającej i opaski uciskowej.
jest! drewniana łopatka do przekładania kotletów na patelni oraz elastyczne rajstopy w kolorze wściekle różowym.

do kompletu łyknęłam jeszcze ketonal forte i patrząc na zegarek, czekałam kiedy mi przejdzie na tyle, bym mogła wrócić do pisania.
niestety, przejść nie chciało. a co gorsza także lewy nadgarstek zaczął odmawiać posłuszeństwa. najpierw się wkurwiłam, a potem rozpłakałam.
rozpłakałam się, że nie mogę pracować. oraz że odpadną mi rączki.

wieczorem zabezpieczyłam prawicę podwójna warstwą skarpety frotte i nieszczęśliwa poszłam spać.
rano pobiegłam do apetki, gdzie nabyłam maść oraz opaski uciskowe, a także zapisałam się do ortopedy.

diagnoza: zespół przeciążeniowy nadgarstka i łokieć tenisisty (golfisty).
dwa tygodnie w usztywnieniu + doustnie dexketoprofen + rehabilitacja
(20 zabiegów krioterapii i pola magnetycznego).
i teraz pytanie za 100 punktów:
jaką naukę powinnam z tego wyciągnąć?
pytam serio.
boli jak cholera, a ja zaczynam czuć się jak maria peszek.
„w Bangkoku godzinami leżałam pod prysznicem przekonana, że to się nigdy nie skończy.
Poradziłam sobie, kiedy zrozumiałam, że boli mnie z głowy. Sześć tygodni leżałam w hamaku na azjatyckiej wyspie.
Morze przychodziło i odchodziło, a mi z ust ciekła ślina jak Nicholsonowi po lobotomii w „Locie nad kukułczym gniazdem”.
Ukochany mnie karmił, a ja myślałam tylko, żeby przestało boleć” [Jezus Maria Peszek]

„w Warszawie godzinami gapiłam się na ten napierdalający i drętwiejący kikut, przekonana, że to się nigdy nie skończy.
Poradziłam sobie, kiedy zrozumiałam, że boli mnie z głowy. Dwa dni wkurwiałam się na siebie, siedząc w domu.
Mopsy chrapały i pierdziały, a ja łykałam dexketoprofen i antydepresanty jak pierwszy lepszy lekoman w filmie moralnego niepokoju.
Ukochana pracowała całymi dniami, mopsy skrzeczały o żarcie, a ja myślałam tylko, żeby znów wrócić do pracy” [Matko Boska Zazie]
aż w końcu stwierdziłam, że poboli i przestanie. łyknęłam jeszcze jeden ketonal
i usiadłam do pisania.
pocierpię sobie w wolnej chwili, jak skończę robotę.


Dodaj komentarz