i znów wpadłam w sam środek nocy. siedząc przed kompem, przeprowadzam pobieżny rachunek sumienia,
a raczej szybki skan własnych możliwości produkcyjnych na tę chwilę. wypadam słabo. idę więc zaparzyć kawę.
dom śpi, mopsy chrapią, mam do napisania pierdyliard znaków bez spacji. jestem zmęczona i spokojna.
obiecuję sobie, że kiedy już obrobię się z tym wszystkim i wyśpię, zacznę być towarzyska.
no wiecie, plan to be spontaneous tomorrow. albo od poniedziałku. żeby było tak jak kiedyś:
że gdzieś tam idę, spotykam się, śmieję, pierdolę głupoty, gra muzyka, szkło brzęczy,
a potem wracam do domu w środku nocy i pachnę miastem.
co prawda nie wiem, czy faktycznie mam aktualnie na to ochotę, ale pomysł zakiełkował.
choć może to już czysta desperacja pustelnicy zamkniętej w wieży z liter?
może mam już tak serdecznie dosyć pisania, że zaczyna mi się wydawać, że niby pragnę ludzi?
mówiąc szczerze: nie chce mi się nawet otwierać ust.
in a tower of steel nature forges a deal
to raise wonderful hell –
like me.
like me.
my name Isobel, married to myself
my love Isobel, living by herself…


Dodaj komentarz