pociemniało. zagrzmiało. obwieściło wszem i wobec koniec lata.

oto apokalipsa i wygnanie z raju. nie chcę tak bardzo, że gotowa jestem iść w tę burzę jesienną i własnym ciałem powstrzymać jej napór.

koniec balu, panno lalu. księżniczka pojechała do pałacu i dostała jeszcze większej depresji. ot, paradoks jednostki chorobowej F33.1

wielkie nadzieje i niezrealizowane plany. z wrodzoną sobie naiwnością liczyłam na to,
że w ciągu 2 tygodni poza miastem uda mi się zmienić siebie, swoje życie oraz resztę mikrokosmosu…

a także przeczytać 15 książek, napisać 50 artykułów, uszyć 100 ubranek dla lalek i zrobić 150 sesji zdjęciowych. nie zrobiłam nic.

ja wiem, że nie mam powodów do depresji. że miłość, mopsy, przyjaciele. ja wiem. ale na tym właśnie polega paradoks tej choroby.
i żadne tam: „ale o co ci chodzi? weź się w garść, popatrz jak jest super!”

widzę, jak jest super. jest, naprawdę. i jeszcze bardziej mi smutno. i jeszcze bardziej nie mogę. czekam na

cud. na błysk. na zbawienie.

póki co – wszystko jest GranatowePrawieCzarne.
póki co – wszystko mnie przeraża. wszystko mnie przerasta.
I’ve got that summertime, summertime sadness
S-s-summertime, summertime sadness
Got that summertime, summertime sadness…
co w gruncie rzeczy jest żałosne i śmieszne.
zawsze, kiedy mam przyjemność pierdolić się z kolejnym epizodem depresji
czuję się tak strasznie nie fair wobec świata, życia i ludzi…
chyba tylko to mnie ratuje. resztki przyzwoitości.


Dodaj komentarz