po raz kolejny przystępuję do cytrynowego detoksu.
ostatnia próba spaliła na panewce zaledwie po połowie dnia.
niestety okazuje się, że decyzja o podejściu do master cleanse
musi być naprawdę przemyślana – inaczej będziemy po prostu cierpieć,
patrząc jak reszta świata wpiernicza szarlotkę z lodami i tartę ze szpinakiem.
oczywiście reszta świata zawsze wpieprza wszytko, co dla mnie zakazane
i nie tyje nawet o kilogram, podczas gdy ja grubnę od samego patrzenia na jedzenie.

rano wycisnęłam sok z pięciu cytryn do mojego kochanego Lego-bidonu,
dodałam syrop klonowo palmowy, zakręciłam i wstrząsnęłam.
z tak przygotowaną miksturą udałam się ochoczo do pracy.
w autobusie ochoczość ma nieco przygasła
na okoliczność temperatury bliskiej wrzeniu,
ale co tam – raz się żyje, więc przepisowo ¾ żywota
zmarnować należy w zakładzie pracy.
niniejszym więc siedzę, trzaskam teksty
i zażywam lemon detoxu.
jak długo wytrzymam?
grubodupna bogini raczy wiedzieć.
zastanawiam się często, czy byłabym jednak w stanie zaakceptować swoje ciało
z tyłkiem w rozmiarze XXL i miękkimi ramionami. otóż nie. jednak nie.
15 nadprogramowych kilogramów przeszkadza mi to na każdym kroku.
ja wiem, że najważniejsze jest by być zdrowym, ale na boga! – jestem kobietą.
ponadto próżną, więc sorry.
apdejt z 14:02
nie, pieprzę to. nie dam rady. jestem tak zmęczona, że chce mi się płakać.
szanse na urlop mam zerowe. na wolny weekend, bez freelancerki, także nie.
nie mogę już patrzeć na klawiaturę. nie mogę. nie dam rady.
jeszcze chwila i zacznę płakać. spierdalaj, dieto.


Dodaj komentarz