jadąc autobusem, czekając, stojąc w kolejce, pisząc tekst, mówiąc coś do kogoś,
słuchając, idąc z słuchawkami na uszach, jedząc zachłannie, rozmyślając –
mam poczucie, że każdych z tych dni jest zupełnie przypadkowy
i wrzucono mnie weń przez pomyłkę, a ja nie zdążyłam nawet zawiązać butów.
męczę ten dzień, pokonując przeszkody, skacząc przez płotki,
wspinając się na mury, przeskakując ogrodzenia, obijając się o ściany budynków
i czołgając wydrążonymi pospiesznie tunelami.
byle do mety. do celu. do wieczora. do końca.
za każdym razem przyrzekam sobie solennie,
że następny dzień nie będzie kolejnym przypadkiem
i wezmę go pod uwagę, myśląc o tym, jak bardzo chce mi się żyć.
nie jestem jednak pewna, czy kiedykolwiek uda mi się zrównać krok
z własnym życiem. zwłaszcza że tutaj i teraz – zawsze są dla mnie
jutro. zaraz. potem.


Dodaj komentarz