od życia jak zwykle oczekuję zbyt wiele. oprócz zdrowia, szczęścia, chodzenia do pracy i zarabiania kasy na rachunki –
pragnę jeszcze swojej niepodległej czasoprzestrzeni, w której mogę robić co mi się żywnie podoba,
nie czując się winną z tegoż powodu.
nie jest to jednak tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.
czasoprzestrzeń moja kurczy się jak suszące sie w lipcowym słońcu winogrono.
gorzkawy rodzynek nie zaspokaja mnie nawet w najmniejszym stopniu.
i tak rodzi się frustracja oraz permanentne zmęczenie rzeczywistością.
idziemy ulicą, jedząc maliny i ciągnąc na smyczy dwie grube paróweczki.
w poprzek chodnika stoi sobie tymczasem jaguarowe cudo i komunikuje, co następuje:
– gdybyś się bardziej postarała, to byś mnie miała…
albo coś w ten deseń. chyba.
no bo przecież takie jaguary z nieba nie spadają, c’nie?
trzeba być super-ekstra i sobie na nie zarobić. jakoś.
nie wiem.
czasem zastanawiam się, patrząc na młode damy i paniczy buszujących w Zarze, skąd mają tyle kasy na wciąż nowe ciuchy…
z programu „pierwsza praca”? od rodziców? ze stypendium studenckiego?
nie to, że zazdroszczę. ja po prostu chcę posiąść tę tajemną wiedzę dobrego radzenia sobie w życiu.
jak osiągnąć życiowy sukces?
co więcej – jak żyć?
oraz: – jak się zmusić, żeby nie pierdolnąć drzwiami w tej czy innej sytuacji,
tylko pokornie wytrwać do końca?

matka zawsze powtarzała mi, że życie ludzi dorosłych i praca zawodowa to trud i znój – krew, pot i łzy:
– zacisnąć zęby, zmusić się i do przodu… i do przodu!






Dodaj komentarz