tak na szybko melduję, że jesteśmy, żyjemy i mamy się świetnie.
było cudownie, bosko i rodzinnie, zdjęć mam pierdyliard i ciut ciut

ale nieustający sajgon warszawskiej rzeczywistości
porwał nas z miejsca i kręci młynkiem niczym powietrzna trąba.
więc na fotorelację i opisy wszelkich wiechlickich przygód mopsich
oraz radości międzyludzkich trzeba jeszcze chwilę poczekać,
bo ja tu niniejszym usiłuję się zorientować czasoprzestrzennie,
ale wciąż nie nadążam i w piętkę gonię. panikuję. bałaganię.
a do tego przestawiam w domu meble, przenosząc pracownię do salonu
i po raz enty dziesiątkuję nasz księgozbiór (wkrótce do nabycia TUTAJ).
poza tym – bolą mnie oczy odzwyczajone od kompa. facebook nuży i wkurwia.
głowa napierdala oraz śnią się dziwne i krwawe sny. że jestem
młodym meksykańskim transwestytą ściganym przez siepaczy
w labiryncie podziemnych korytarzy jakiegoś dusznego bordello.
a do tego w ramach poniedziałkowo-deszczowo-pracowej rozpaczy
chciałam wracać do Wiechlic na piechotę. więc sorry.


Dodaj komentarz