rzadko narzekam na samopoczucie fizyczne, gdyż z definicji jestem zdrowa jak kuń.
albo przynajmniej nie zwracam uwagi, kiedy coś we mnie telepie, skrzypi czy furkocze.
ale dzisiaj – powiem wam szczerze – czuję się wyjątkowo chujowo, słabo i bezwładnie.
oczywiście, że to wina ciśnienia. dziury ozonowej. albo jakiejś nerwicy epizodycznej.
ale – o matko bosko wysokoprężno – niech mi już przejdzie, minie i da spokój, bo nie mam czasu.
szukam dodatkowych zleceń copywriterskich, filcuję potworki, sklejam wzorki,
a lada dzień odpalam nową edycję Fruwającego Księgozbioru Latającego Mopsa –
czyli domową wyprzedaż przeczytanych książek.
postanowiłam zostać handlarzem-badylarzem i wysoko wykwalifikowanym straganiarzem.
jak mówi Mirella: “zesram się, a nie dam się”. ot, co.
i złotymi zgłoskami nad głową wyryję sobie:
the night don’t last forever
so get your shit together


Dodaj komentarz