jestem Zazie, jestem z grzywką –
na obiad warzywko jem.
czyli pokrótce o tym, jak po 10 dniach Master Cleanse poszłam do sklepu ze zdrową żywnością
i prawie rozpłakałam się ze wzruszenia,
że oto od dzisiaj te wszystkie warzywne cudowności będą… MOJE!
nie wiem, doprawdy, czy detox przeczyścił mi także mózg czy siła rozpędu płynę jeszcze na euforycznej fali autosugestii –
ale prawda jest taka, że dotychczas z warzyw najbardziej lubiłam… dobrze wypieczoną karkówkę i soczyste żeberka.
nie wiem, no po prostu nie wiem. w czary nie wierzę, podmienić to mnie raczej nie podmienili,
bo tę swoja gębę rozpoznam wszędzie… oh, so weird.
nie wierzę sobie do końca. za dobrze się znam.
dlatego sceptycyzmu nigdy dosyć.
tymczasem w garze bulgocze wywar z jarzyn.
bez soli, bez tłuszczu. bez marchwi. bez buraków.
jest papryka, cebula, sałata, por, seler, pietruszka i czosnek.
do tego liście laurowe, ziele angielskie, gałka muszkatołowa
i dużo chilli. kocham wywar z warzyw.
w przeciwieństwie do Syd, którą odrzuca sam jego zapach.
chyba naprawdę poprzestawiało mi się coś w mózgu…



Dodaj komentarz