zgodnie z zaleceniem dramaturgicznym Czechowa:
wisząca na ścianie w pierwszym akcie strzelba – w trzecim musi wystrzelić.
i na tym mogłabym tę notkę zakończyć, dodając jedynie,
że Syd przytargała wczoraj do domu słoik masła orzechowego.
nie pytajcie mnie, kto dziś ów słoik opędzlował do czysta.
a zabrałam się do tego wyjątkowo metodycznie – jak nigdy!
najpierw poprosiłam o poczęstowanie mnie jedną malutką łyżeczką masełka,
argumentując, że nie skonsumowawszy – na bank nabawię się obsesji peanut-butterowej
i skończę za tydzień jako wielki tłusty fistaszek wysmarowany masełkiem od stóp do głowy.
no więc dostałam łyżeczkę. jedną. o bogowie!
dzisiaj rano obudziłam się znowu chora. co mnie poniekąd usprawiedliwia. poniekąd.
otworzywszy jedno oko, machinalnie wzięłam do ręki telefon i… nie wiem jak to się stało,
ale nagle wylądowałam na google z hasłem “masło orzechowe a odchudzanie”.
no i trafiłam na ten artykuł. i pooo-szłyyyyyy konie po betonie!
opierdoliłam pozostałe pół słoika. kurtyna.
jutro będzie lepiej.

Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu




Dodaj komentarz