zjadłszy w pracy trzy cykorie, paprykę czerwoną sztuk jeden oraz miseczkę ryżu basmati,
wypiwszy kawę oraz febrisan [dziękuję Ci, Magdusia :*]-
przyszłam do domu i… RROARR!!!
wpierniczyłam porcję maślanego gingerchickena oraz dwa talerze zupy tajskiej. hell yeah!!!
moje drugie imię to Porażka.
pam pa ram pam!
a następnie umęczona gorączką i bólem gardła – zasnęłam.
śnił mi się długi czarny i ciasny tunel oraz pociąg.
jechałam tym pociągiem z pakunkiem stearyny na kolanach.
była także powódź, podczas której ludzkość płynęła ulicami na sofach
oraz innych tapicerowanych kompletach wypoczynkowych…
symbolika tego snu nazbyt jest zawiła, więc ją sobie podaruję.
mam natomiast problem natury technicznej – bo nie wiem,
czy na okoliczność porażki mam anulować dzisiejszy dzień jako pierwszy,
czy też brnąć dalej i nie zważać na drobne niepowodzenia? :>
może w ramach pokuty powinnam się pogimnastykować?

Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu





Dodaj komentarz