na zakończenie sezonu śniegów i gołoledzi popadam
w dyskretnie przerywany okresami czuwania i pisania – błogi sen zimowy.
zakopawszy się w piernaty, obłożywszy się szczelnie mopsami i Sydem
udaję, że surowe poranki nie mają miejsca, a kołysanie autobusu to tylko senny majak
między jednym a drugim zapadnięciem się w puchate ciepło domowego zmierzchu, wieczoru i nocy.
W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych z obu stron, od poranku i od wieczora,
w futrzane krawędzie zmierzchów, gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy,
z trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu […]

Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna z tych jasnych nocy,
w których firmament gwiezdny jest tak rozległy i rozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labirynt odrębnych niebios,
wystarczających do obdzielenia całego miesiąca nocy zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami
wszystkich ich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów.
Jest lekkomyślnością nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i pilną,
albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice.
Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.
Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno znane i wiadome,
w których te ulice mają swe miejsce i nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności
nie ma nic lepszego do roboty, jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji.
Te kuszenia nocy zimowych zaczynają się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobie drogi,
użycia niezwykłego lub prędszego przejścia. Powstają ponętne kombinacje przecięcia zawiłej wędrówki
jakąś nie wypróbowaną przecznicą.

[…] noc nie była wcale zimna, przeciwnie – pożyłkowana strugami dziwnego ciepła,
tchnieniami jakiejś fałszywej wiosny. Śnieg skurczył się w baranki białe, w niewinne i słodkie runo,
które pachniało fiołkami. W takie same baranki rozpuściło się niebo, w którym księżyc dwoił się i troił,
demonstrując w tym zwielokrotnieniu wszystkie swe fazy i pozycje.
Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach,
pokazujących spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy,
plazmę przestworzy, tkankę rojeń nocnych.

W taką noc nie podobna iść Podwalem ani żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną,
niejako podszewką czterech linij rynku, i nie przypomnieć sobie, że o tej późnej porze bywają czasem jeszcze otwarte
niektóre z owych osobliwych a tyle nęcących sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne.
Nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są wyłożone.

Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejszą noc zimową.
Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, na której spiętrzyły się fantastyczne lądy,
oceany i morza, porysowane liniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii niebieskiej.
Powietrze stało się lekkie do oddychania i świetlane jak gaza srebrna. Pachniało fiołkami.
Spod wełnianego jak białe karakuły śniegu wychylały się anemony drżące,
z iskrą światła księżycowego w delikatnym kielichu.
Las cały zdawał się iluminować tysiącznymi światłami […]
Powietrze dyszało jakąś tajną wiosną, niewypowiedzianą czystością śniegu i fiołków.
Wjechaliśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatych nagimi rózgami drzew,
podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo. Ujrzałem na tych szczęśliwych zboczach
całe grupy wędrowców, zbierających wśród mchu i krzaków opadłe i mokre od śniegu gwiazdy.
Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd, grający wszystkimi przegubami.
Byłem szczęśliwy. […]
[Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe]






Dodaj komentarz