czy może być coś przyjemniejszego niż sobota spędzona w pracy? nie sądzę.
dlatego też pozwoliłam sobie rozkoszować się tym dniem z czołem opartym o blat biurka
i rękami bezwładnie zwisającymi po obu stronach fotela.
świat dział się i stawał, newsy śmigały mi nad głową, a ja – głucha na wszystko –
trwałam sobie w asanie pt. „kwiat lotosu marnuje swoją wielką szansę na karierę w mediach”
i kontemplowałam szczękościsk będący – nowym i jakże uroczym – objawem uogólnionego stresu.
przez chwilę rozważałam nawet możliwość położenia się pod biurkiem
i w tej pozycji doczekania do końca dyżuru, ale porzuciłam ten pomysł, gdyż wydawał mi się nazbyt ostentacyjny.
że niby nie lubię mojej pracy czy coś.
a i owszem, lubię.
ale aktualnie jestem przemęczona, zestresowana, nie wyrabiam się z terminami,
kończy się kolejne lato, a ja znów nie byłam na wakacjach. starczy?
po pracy I. wyciągnęła mnie na basen.
zaopatrzyła w kostium, klapki, dała ręcznik i wepchnęła do wody.
no to se pomachałam kończynami, co by się nie utopić.
oczywiście najwiekszą radość sprawiła mi tzw. jakuza oraz inne generatory bąbelków,
jak również zjeżdżalnia, na której zjeżdżałam w sposób nieprzepisowy, wciagając w ten niecy proceder biedną I.,
co w końcu zaowocowało tzw. opierdolem od pana ratownika. wielkie mi rzeczy, pfff.
nikt się chyba nie zdziwi, jeśli powiem, że moje zezowate szczęście nie opuszcza mnie ani na krok.
skutkiem tegoż miałam niewątpliwą przyjemność spotkania pod prysznicem… własnej szefowej!!!!
nie no, luuuuz. jak zwykle miała przewagę – tym razem nie tyle mentalną, ile tekstylną.
ona w kostiumie kąpielowym, a ja goła. nie no, luuuz.
ledwo wyszłam z szatni i ochłonęłam nieco podczas suszenia włosów,
które jak zwykle układały mi się w kask-hełmofon, ale co tam.
i wtedy własnie na mojej drodze stanął… szef działu projektów!!!! nie no, luuuz.
tyle, że miałam ochotę stłuc głową lustro. spoko. w ogóle mnie to nie rusza. wogle.
kiedy w końcu stamtąd wyszłyśmy, byłam tak skonfundowana, że najchętniej schowałabym się we własnej kieszeni,
skąd wysłałabym maila do wszystkich pracowników firmy o treści nastepującej:
„fakt posiadania pracowniczych karnetów na basen XYZ nie upoważnia was jeszcze do pojawiania się tam
w najmniej odpowiednich momentach, czyli własnie wtedy, kiedy wyglądam jak siódme dziecko stróża,
nie nauczyłam się jeszcze pływać jak otylia, mój tyłek ma 10 cm za dużo w obwodzie,
a w pożyczonym kostiumie i gumowym czepku jestem wyjątkowo mało dżezi.
a w ogóle to bardzo śmieszne, naprawdę, ha ha ha”.
humor mi się jednak nieco poprawił, kiedy poszłyśmy na włoską pizzę i kluchy
(w celu uzupełnienia deficytów energetycznych po morderczym treningu),
a potem do domu – uzupełnić elektrolity butelką białego wina, sie wie.
tak czy inaczej, odprężyłam się dzięki temu i owemu.
spało się wyśmienicie. w sam raz, by w niedzielę zerwać się bladym świtem
i świńskim truchtem trotuarowym dotelepać się do pracy.
dzień święty święcić.


Dodaj komentarz