dla których nie mogę zmęczyć tej magisterki, jest jej zakres tematyczny.
Obszerny, zbyt obszerny. Rozległy jak pole buraków, pojemny jak wór innych płodów rolnych
(albo mój pokój, w którym panuje pierdolnik nie do opanowania).
Nie zgodziłam się, gdy promotor radził, bym skoncentrowała się jedynie
na fragmencie mojego projektu, a reszta to na doktorat.
NIE! Nie, bo nie! Wszystko albo nic!
Zrealizuję cały projekt już teraz, choćby tylko w zarysie. Dlaczego?
W odpowiedzi rozciąga się pole do popisu dla mojej oswojonej, kieszonkowej paranoi,
która produkuje takie oto wizje: hordy wygłodniałych doktorantów
rzucają się na moją tajną teczkę z pomysłami i w oka mgnieniu przerabiają je na naukowy bełkot, publikowany potem w onanistycznych periodykach humanistycznych.
Więc ja teraz – jak ten piesek, co obsikuje wszystkie parkany w okolicy – muszę zaznaczyć
rozległe pole moich imaginacji krytycznoliterackich, co by nikt nie uszczknął tego tortu,
który w rzeczywistości jest suchą bułką grahamką, w przeciwieństwie do witaminowo-mineralizowanych odżywek proteinowych,
którymi żywią się moi znajomi z psychologii czy stosunków międzynarodowych.
Czy przyszłość należy do literatury?
Chciałabym, ale nie sądzę.
Dodaj komentarz