który w całości miałam spędzić w pracy?
Od rana pieczołowicie doklejałam sobie do twarzy uprzejmy uśmiech
[używając do tego celu organicznej gutaperki] – rąbiąc przy tym zaciekle w budzik,
szukając pod łóżkiem kapci i waląc w drzwi zajętej jak zwykle łazienki.
Prócz uprzejmości, usiłowałam w sobie wzbudzić choćby homeopatyczną ilość otwartości i kreatywności pracowniczej.
Pod prysznicem ćwiczyłam kontakty interpersonalne i … ekhm, nie…, nie, to akurat ćwiczyłam w kuchni przy śniadaniu,
a pod prysznicem osiągałam jasność [resztek] umysłu i wysoką reaktywność na bodźce.
Ups, dysonans. Przed lustrem niechcący natknęłam się na moją pustkę wewnętrzną, ale –
„o, przepraszam panią…” – udałam, że nie poznaję zołzy i wyminęłam ją sprytnie
w drodze do przedpokoju, gdzie wykazałam się asertywnością [godną lepszej sprawy],
nie pozwalając mamie wyjść w moich butach (grr… ona robi to notorycznie! grrr…)
I kiedy byłam już zwarta, gotowa i w pozycji wyjściowej, zadzwoniła komórka.
Usłyszałam zaspany głos mojej chlebodawczyni i jej słodko łamaną polszczyznę:
„Cieszć, … sziuchaj… ja dżysiej jakaśz okhrropnie żmeńcziona, niewyśzpiana…,
ja nje wjem…, nie przijde dżysiej, wienć dla ćjebje teśz wolne, dobrźje ?”
Hym…, no dobrźje, dobrźje… W normalnej sytuacji skakałabym pewnie z radości,
ale dziś – taka „młoda/ambitna,energiczna/kreatywna”
(prawie przekonana o konieczności i zaletach wprzęgniecia się w „system”),
stałam lekko zafrasowana: – co ja zrobię z wolnym dniem? [co prawda wczoraj miałam wolne,
i przedwczoraj, i w zeszły wtorek] … no ale dzisiaj? co ja zrobię z tym uśmiechem już przyklejonym?
z tymi rzęsami wypomadowanymi?
Zadbałam o prezencję i elokwencję, i co? Mam być piękna i mądra na użytek własny?
I dalejże, zdejmować zaczęłam wyjściowo-biurowe ubranko grzeczne i zrzucać z siebie:
prezencję, inteligencję, elokwencję i resztkę innych pozorów.
Lekko mi było nieznośnie i jak dziki prosiak wytarzałam się radośnie
w nie pościelonym (na szczęście!) łóżku, wcierając w poduszkę resztki dynamizmu i kreatywności.
Dodaj komentarz