2002-04-19
Wystartowała do maturalnego wyścigu rozhisteryzowanych szczurów już w październiku.
Zaczęła więc jechać na polonistycznym dopingu, czyli na mnie.
Na początku zażywała mej wiedzy jak tabaki, z umiarem (2 razy w tygodniu po 2 godziny),
a raczej pełen satysfakcji uśmiech regularnie dokarmianego portfela.
Jednak już wtedy Martynka wyraźnie zaznaczyła swą obecność
a własnym polonistkom w szczególności.
Hmm, od czego zacząć opis owego indywiduum?
Może od tego, że każde słowo wypowiadane przeze mnie na lekcji
cechy powieści poetyckiej. Oduczyłam się więc pytać.
Tak samo jak wykreśliłam z mego słownika sakramentalne pytanie:
i jeszcze się obraża jak o to pytam.
Aaa, no i muszę streszczać jej wszystkie lektury szkolne,
*Oniegin spotyka ją w parkowej alejce i stara się jej wytłumaczyć,
i znów kogoś pokocha, ale trzeba poskramiać serca głos.
no, matkoboskoicórko!
Martynka potrafi wpaść z 15-minutowym poślizgiem i z ciężkim sapnięciem
bezstresowo gniotąc ciałem leżące tam: książki, notatki, torbę, komórkę, itepe.
Z czasem, gdy emocje przedmaturalne przybrały na sile,
przez co zaczynęłam mieć jej serdecznie dosyć, no ale… czego się nie robi dla kasy.
Więc ponadprogramowo (w przerwach między drugą a czwartą godziną naszego spotkania)
Sama się dziwie mojemu spokojowi, grrr…Ponadto do Martynki należą oscarowe teksty:
* * *
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi…”– cooo?? na co wpłynął? (…) ale płynął czy jechał? (…) po trawie łódką?? (…)
ale jak wozem to czemu po oceanie?! głupek jakiś…
******
– może darujmy sobie ten romantyzm, ja od tego nerwicy niedługo dostanę!
– czemu?
– no bo Ci wszyscy kolesie byli jacyś postukani!!! jeden na chmurze lata [Kordian – przyp. moje], drugi się przepoczwarza…
– nie przepoczwarza tylko tylko przechodzi wewnętrzną przemianę, metamorfozę inaczej [Gustaw-Konrad z III cz.Dziadów]
– no mniejsza o to, ale ten co łaził z gałęzią niby że to jego kumpel?!! [Pustelnik-Gustaw z IV cz.Dziadów]a pamięta pani, w Twin Peaks była taka babeczka, co z takim pieńkiem biegała…
******
A gdy po próbnej maturze zapytałam o temat, na który pisała, odpowiedziała beztrosko:
– Napisałam no…, jakiś cytat tam był i ja do tego cytatu napisałam…
– Ale jaki cytat? pamiętasz go?
– No cytat jakiegoś kolesia był…
– Kolesia???!!!! Czyjego kolesia ? – dopytuję się debilnie.
– O Jezu, no jakiś koleś coś tam powiedział i …
– Ale jaki koleś? Jak ten koleś się nazywał? – nie dawałam za wygraną.
– Moment, zaraz się dowiem – Martynka wyjmuje z mini-torebeczki mini-komórkę: „Kaśka? słuchaj, jak się nazywał ten kolo od cytatu? (…) jak? aaa, dobra, no…dzięks, nara!”
I do mnie:
– Juz wiem, jakiś Sandauer… Zna go pani ?
Nogi się pode mną ugięły, ale nie padłam.


Dodaj komentarz